Formularz rejestracyjny

Rodzinna historia

04 maja Rodzinna historia

Lekcja języka polskiego. Dzień jak każdy. Temat: Literatura wojenna i powojenna. Nauczycielka opowiada o wybitnych poetach i pisarzach, którzy tworzyli w czasie okupacji i po odzyskaniu niepodległości. Skupiamy się głównie na pokoleniu, wkraczającym w dojrzałość w okresie wojennym. To nasi rówieśnicy, którzy zamiast egzaminu maturalnego zdawali wówczas egzamin z odwagi, z miłości, z wierności, z życia… Za oknem świeci kwietniowe słońce, a my wraz z żołnierzami czołgamy się w okopach, z żydowskimi rodzinami uciekamy kanałami z palącej się Warszawy, z więźniami obozów koncentracyjnych cierpimy nieopisany głód, zimno i strach. Kiedy nauczycielka wspomina, że niedaleko Gdańska w miejscowości Sztutowo znajduje się Stutthof (KL) – pierwszy i najdłużej funkcjonujący niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny, serce zaczyna bić mi szybciej. Przypominam sobie pamiętnik mojego pradziadka, który w dzieciństwie czytali mi rodzice. Wtedy nie rozumiałam wszystkiego, pamiętam tylko, że bardzo się bałam. Dziś wiem i jestem dumna, bo jestem prawnuczką Bolesława Marcińskiego – więźnia politycznego nr 6200 obozu koncentracyjnego Stutthof, który w lutym 1990 roku po 50 latach milczenia postanowił opowiedzieć swoją historię.

Dominika Pić – klasa III LO Collegium Gedanense

Stutthof

„Mieszkałem w Gdyni przy ulicy Oficerskiej, w dniu 14 września 1939r., kiedy wkroczyły wojska niemieckie do Gdyni. Mężczyźni ze wszystkich domów byli brutalnie wyciągani i gdzieś zabierani. Ja w tym dniu byłem w schronie przy ul. Architektów, gdzie zostałem przykryty pierzynami przez kobiety w piwnicy na koksie. Nie pozwoliły my wyjść z innymi mężczyznami ( miałem 20 lat). Do dnia 26 września nie wychodziłem z domu i miałem szczęście, że nie zostałem nigdzie zabrany. W tym dniu zgodnie z ogłoszeniem musiałem się zgłosić do ówczesnego komisariatu Rządu po jakąś przepustkę, bez której nie wolno się było poruszać po mieście. Zostałem wyciągnięty z ustawionej kolejki w korytarzu tego budynku, przez SS-mana i razem z innymi mężczyznami zawieziony ciężarówką do Domu Emigracyjnego w Gdyni-Grabówku.

33_Dywizjon_Rakietowy_OP_422570_Fotopolska-Eu

Dom Emigracyjny

Dokładnie nie pamiętam, ale najprawdopodobniej od 5.10.1939r. zaczęto nas ewakuować z Domu Emigracyjnego, tylko nie wiedzieliśmy gdzie. Formowano duże kolumny i przez Gdynię, Orłowo, Oliwę, Wrzeszcz i obecnie ul. Kościuszki do Nowego Portu. Niektóre grupy prowadzono z Sopotu w kierunku morza i alejką przy morzu przez Jelitkowo do Nowego Portu. W drugiej połowie października 1939 roku trafiłem do grupy 30-sto osobowej, którą zawieziono na wykopki ziemniaków. Chyba gdzieś niedaleko Gdańska, gdyż jechaliśmy niedługo. Przejeżdżaliśmy przez miejscowość o nazwie Pitzkendorf – może to obecnie Piecki. Przyjechaliśmy do gospodarstwa oddalonego od centrum wioski o ok. 1km. Ulokowano nas w drewnianej szopie po sprzęcie rolniczym, do której wrzucona była słoma. Zaraz otrzymaliśmy sprzet i zostaliśmy popędzeni do wybierania ziemniaków ręcznymi motykami. Każdemu wyznaczono dwa rzędy, z których wybrane ziemniaki, wrzucaliśmy każdy do swojego koszyka, a następnie na tzw. kopce. Wachman z karabinem i kijem w ręku chodził za nami i poganiał do roboty. Wołał zawsze : sznel ! sznel! sznel!, a kto nie mógł zdążyć obrywał kijem po plecach. Posiłki otrzymywaliśmy całkiem mizerne: na śniadanie i kolację kromka chleba z margaryną i czarna kawa. Na obiad przeważnie zupa, taka jak dla świń – bo były w niej gotowane ziemniaki, buraki, brukiew i spadnięte z drzew owoce. Zdarzały się także czasem gotowane, nieobierane ziemniaki i słony śledź. Nic do picia. Trzeciego dnia wykopków pilnujący nas Wachman uznał mnie za Żyda – bo miałem czarne jak kruk włosy. Dlatego musiałem wybierać ziemniaki z trzech rzędów, a zdążyć razem z innymi. Kiedy zostawałem z tyłu obrywałem tęgie lanie. I tak mnie męczył przez kilka dni, aż opadłem z sił i już było mi wszystko jedno, gdyż często mówił, że i tak mnie zabije. Chciałem nawet uciekać – żeby do mnie strzelał. Stało się jednak inaczej. Pewnego dnia po południu – po obiedzie, kiedy wszyscy poszli kopać ziemniaki, mnie kazał zostać na podwórzu i rąbać gałęzie ułożone na stercie. Za parę minut przyniósł mi łopatę i za kupą gnoju kazał mi kopać dół, czyli grób dla mnie. Byłem pewien, że mnie zabije, dlatego w czasie  kopania prosiłem Boga, aby strzelił do mnie. Wykopałem już dość głęboko i stał się cud – tak twierdzę –  bo przed bramą wjazdową na podwórze zatrąbił samochód. Wtedy wachman chwycił mnie za rękę i zaprowadził na podwórze. Znowu kazał rąbać gałęzie a sam poszedł otworzyć bramę. Okazało się, że przyjechał komendant obozu Christofel i jego zastepca Glass. Nie rozumiałem o czym mówili, bo nie znałem niemieckiego. Wiedziałem jednak, że rozmowa była ostra. Po niedługiej dyskusji wysłali kierowcę, który ich przywiózł, aby przyprowadził z pola tych, którzy kopali ziemniaki. Kiedy wrócili oni na podwórze komendant porozmawiał z naszym tzw. kapo. Gdy dowiedział się, że byliśmy źle traktowani i karmieni, że do spożywania posiłków nie otrzymaliśmy żadnych naczyń, że przez cały czas nie myliśmy się – kazał gospodarzowi ugotować zupy mlecznej. Kazał również zagrzać wody do mycia, dać ręczniki i mydło. W tym czasie kierowca zawiózł naszego wachmana do obozu a przywiózł innego. Po nas przyjechał samochód ciężarowy. Po umyciu się i spożyciu zupy mlecznej zostaliśmy zawiezieni do obozu w Nowym Porcie. Gdyby ta wizyta była 15 minut później, nikt by się nie dowiedział, gdzie jest mój grób. W ostatniej dekadzie października zabrano nam posiadane dokumenty, zegarki, sprzęt do golenia, scyzoryki, itp. Każdy z nas otrzymał numer obozowy. Ja otrzymałem nr 6200 i od tego czasu nie miałem nazwiska tylko numer. W tym czasie wszyscy więźniowie otrzymali numery a najwyższy przekraczał 9000.

W listopadzie i grudniu zaczęto nas grupami wywozić z obozu w Nowym Porcie na stałe do obozu Stutthof. Z uwagi, iż w moich dokumentach między innymi miałem zaświadczenie o zawodzie ogrodnika, przydzielono mnie do grupy rzemieślników.

 

180px-Więźniowie_w_obozie_Stutthof,_1939

Więźniowie w obozie Stutthof, 1939

W Stutthofie trafiłem do bloku czwartego w starym obozie. Na drugi dzień przydzielono mnie do grupy, która zamiast koni ciągnęła wóz, którym zwoziliśmy lód z zamarzniętego kanału pod miejscowością Stegna. Ten lód kładliśmy do dołów wykopanych za budynkami gospodarczymi i zasypywaliśmy trocinami. Praca była bardzo ciężka a miękki śnieg przylepiał się do drewniaków, więc trudno się było poruszać. W tej grupie pracowałem do końca 1941 roku. W pierwszych dniach stycznia 1942 roku przy apelu porannym wywołano mój numer obozowy 6200 i przydzielono mnie do pracy w ogrodnictwie. Narzędzia i sprzęt do tej pracy znajdował się w pomieszczeniu ze sprzętem strażackim w baraku, w którym obecnie znajduje się makieta całego obozu Stutthof. Uprawę ziemi wykonywaliśmy ręcznie przy pomocy łopat, wideł lub motyk. Praca była ciężka lecz koledzy nam zazdrościli, gdyż uważali, że dodatkowo możemy zjeść marchew lub inne warzywo.

Na przełomie maja i czerwca 1942 roku silna biegunka objęła wszystkich jeńców. Była tak silna, że przez kilka dni nie wychodziliśmy do pracy poza obóz. Dwukrotnie przeprowadzono dezynfekcję wszystkich obozowych pomieszczeń. W tym czasie wiele osób zmarło a ich ciała wywieziono na cmentarz na Zapie. Po 10 dniach epidemia ustąpiła i wszyscy wrócili do pracy. Po tej chorobie pomyślano o krematorium do spalania zwłok. Po wybudowaniu jednego pieca wytypowano dwóch więźniów, którzy byli lepiek karmieni od pozostałych. Jednak oni długo nie żyli. Umierali na jakąś dziwną chorobę. wiedzieliśmy wszyscy, że kto pójdzie do tej pracy wnet będzie wykończony. do tej pracy byli zawsze chętni, gdyż głód był silniejszy od wszystkiego. Mówiono – raz się dobrze najeść i umrzeć. W którąś z niedziel podczas apelu porannego, wywołano więźnia i oczytano mu wyrok za to, że skradł parę surowych ziemniaków. wyrok przez powieszenie został wykonany na oczach wszystkich. Szubienica była ustawiona przy baraku stolarni.

Jesienią 1942 roku SS-man Hans Neis uwziął się na mnie i powiedział, że mnie wykończy tylko dlatego, że zawsze byłem okrągły na twarzy, a on chciał, abym był taki chudy jak pozostali. W tym czasie pracowaliśmy przy zbiorze kapusty z pola. Kapustę nosiliśmy w workach na wóz, który był ustawiony na drodze. Neis kazał dla mnie ładować pełen worek, wziąć na plecy i nieść do obozu. Inni nosili o połowę mniej. Chodził za mną i poganiał, często powtarzając, że i tak mnie wykończy. Tak dręcząc mnie przez kilka dni doprowadził mnie do tego stopnia, że już nie wytrzymywałem i liczyłem się z tym, że mój koniec już niedaleki. Postanowiłem uciekać, żeby zastrzelono mnie podczas ucieczki. Jednak Bóg chciał, że tak się nie stało – był to dla mnie prawdziwy cud. Właśnie tego dnia rano na pole do pracy nie przyszedł SS-man Neis, tylko jego zastępca Ortman, który od razu podszedł do mnie i powiedział do mnie te słowa ( po niemiecku) Boleslaus – będziesz żył. Neis jest już na froncie wschodnim, bo wczoraj został złapany na kradzieży warzyw. Widocznie wiedział o jego zamiarach.

W lutym 1943 roku Mikołaja Maślaka i mnie spotkało wielkie szczęście, gdyż po dokładnym odwszawieniu zostaliśmy wyposażeni w zupełnie nową bieliznę i pasiaki i zawieziono nas do pracy u generała SS Hildebrandta w Gdańsku – Oliwie przy obecnej ulicy Polanki 114. Budynek ten obecnie należy do Szpitala Marynarki Wojennej. Mieszkaliśmy w specjalnie dla nas wybudowanym baraczku składającym się z dwóch pokoików. W jednym mieszkaliśmy my a w drugim nasz wachman, lecz musiał przejść przez nasz pokój. Jedzenie było dużo lepsze niż w obozie więc już nie głodowaliśmy. Wolno nam było prowadzić korespondencję i nikt jej nie cenzurował. Więc dopiero teraz mogłem zawiadomić całą rodzinę i znajomych w Gdyni Orłowie, gdzie jestem i jak mi się powodzi. Tam pracowaliśmy prawie do zakończenia wojny.
Dnia 11 marca 1945 roku miała być zabrana cała reszta sprzętu, a ja razem z nimi miałem być ewakuowany do Szwecji. Tak mi oświadczył mój wachman Pylc. Wiedziałem, że wieczorami ulice nie są oświetlone, że pociągi i tramwaje kursują nieregularnie. Dnia 10 marca wieczorem, kiedy wachman wyszedł na kolację, wziąłem trochę swoich rzeczy, poszedłem do tramwaju, pojechałem do Oliwy i poszedłem na dworzec kolejowy. w niedługim czasie nadjechał jakiś pociąg osobowy w kierunku Gdyni, więc wsiadłem i na gapę zajechałem do Orłowa. Tam poszedłem do znajomego sprzed wojny.”

Bolesław Marciński – więzień polityczny nr 6200 obozu koncentracyjnego Stutthof

Polanki_114_777704_Fotopolska-Eu

Polanki 114

 

 

Obóz koncentracyjny Stutthof powstał już 2 września 1939 roku. Przeszło przez niego ponad 110 tyś obywateli z 28 państw. Swoją nazwę zawdzięczał pobliskiej wsi, położonej administracyjnie na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Wspomnienia Pana Bolesława Marcińskiego, pradziadka naszej uczennicy należą do bardzo cennych, chociażby dlatego, że na temat akurat tego obozu i życia  więźniów wiemy stosunkowo niewiele. Dzięki uprzejmości rodziny Pana  Marcińskiego, za co jesteśmy bardzo wdzięczni, udostępniliśmy na naszym blogu tylko niewielką część pamiętnika. Mamy nadzieję,  że dzięki pomocy zaprzyjaźnionych osób uda się go opublikować w całości.

9 maja 2016 roku w Sztutowie odbędą się uroczystości związane z 71 rocznicą wyzwolenia obozu. W tym samym czasie prawnuczka Pana Bolesława pisze swój Egzamin Dojrzałości. Trzymając kciuki za Dominikę i czytając wspomnienia jej pradziadka, trudno nie oprzeć sie wrażeniu, jak bardzo przeszłość przeplata się z teraźniejszością.

Grzegorz Nocoń – dyrektor i nauczyciel historii w LO Collegium Gedanense

Brak komentarzy

Dodaj komentarz